Demokracja, centrum i zdrowy rozsądek

Dodano 11 czerwca 2017, w Społeczeństwo, przez pjck

Pomijając działalność partii kanapowych i politycznych efemeryd, wydaje się, że w Polsce działają obecnie dwa główne obozy i różnice pomiędzy nimi są jasno określone. Do pewnego stopnia to racja, ale zwłaszcza po jednej ze stron, są tacy – i to bardzo liczni – którzy nie podlegają często powielanemu obrazowi. A to co ich odróżnia, to przede wszystkim kwestia z zakresu tzw. „poprawności politycznej”.

 

demonstrMamy więc obóz demokratyczny, centrowy. Nazywany przez drugą stronę „lewakami”. Ale to centrum. Z zasady czerpie z lewicowej (bez bolszewickich, czy jakobińskich zwyrodnień) tradycji podejścia do drugiego człowieka. Bez względu na to, czy jest on bandytą, dewiantem, kanibalem; terrorystą, czy też jego rodziną; koczownikiem, a w jego plemieniu wciąż kamieniuje się ludzi. Wszyscy oni mają wciąż prawa – human rights.
Nie mówiąc już o traktowaniu współobywatela i jego relacji z władzą. Tu po prostu obowiązuje równość podmiotów wobec prawa, sądy zaś mają być niezależną władzą, która nie faworyzuje ani obywatela, ani państwa, ani – siebie.
Następnie tkwi gospodarczo dość znacznie w tradycji burżuazyjnej. Czyli… na pewno lewicowej? Na pewno nie lewackiej. Wolność gospodarcza (przynajmniej teoretycznie) to wymóg. Nie można ludzi pozbawiać majątku, podatki powinny być przejrzyste i umiarkowane. Tak, aby opłacało się inwestować. No i to, że ty nagromadziłeś fortunę, a innemu nie starcza do pierwszego, to rzecz normalna. Nie można dokarmiać tego drugiego ot tak – zabierając temu pierwszemu lub dodrukowując pieniędzy. A choć to liberałowie, to w znacznej części chodzą do kościoła. Tyle, że wolą ten bardziej intelektualny.

Jest obóz drugi. Ma się za prawicę, nazywany jest zaś „prawakami”. Ale to obóz lewicowo-narodowy. Można by go nazwać też narodowo-socjalistycznym (w kult wodza nie będziemy się tu wdawać), populistycznym, rewolucyjnym, itp. A to lewica, w swojej zdegenerowanej formie. Czyli zabrać jednym – a dać „ludowi”. Czyli swoim.
Nie odbiera już pałaców, latyfundiów. To nie te czasy. Za to przedsiębiorstwa państwowe (prywatne też może – poprzez upaństwowienie), spółki, fundacje. Nawet muzea, – choć to ma funkcję dodatkową – oprócz „kaski” dla swoich, pomoże jeszcze dzierżyć „rząd dusz”. Nie mówiąc już o środkach przekazu.
Tworzy nową, „czerwoną” arystokrację. To prezesi, członkowie zarządów, rad nadzorczych. Oni niby nie posiadają, ale jednak tak. Jak kiedyś prezes zjednoczenia, dyrektor, czy inny sekretarz. A zupełnie dawniej, właściciel lub pan hrabia.
Wszyscy oni zaś występują pod sztandarem narodu, ojczyzny, wiary. To ludzie o tradycyjnych wartościach, mocno ugruntowanych w przeszłości. Zasadniczo.

To by było tyle, jeżeli chodzi o nazwy. Ale ów podział tak naprawdę nie jest taki prosty. Zacznijmy od końca. Bo ta dobra, tradycyjna, katolicka i narodowa strona, pełna jest i komunistów, i… rozwodników; prawdopodobnie gnieżdżą się w niej zboczeńcy seksualni. I ci tak nazywani według jej półoficjalnej terminologii i ci rzeczywiście zboczeni (bo np. lubią dzieci lub chociaż młodzież). Ultrakatolickie baby, które usuwały ciążę (nawrócone?) i faceci bijący żony – choć to chyba tam normalne, że żona powinna słuchać? Pod względem stosunków damsko-męskich i rodzinnych są tacy, jak ci, których nie chcą wpuścić do kraju.

Tyle, że to wszystko nieoficjalnie. Zaś po stronie centrowo-demokratycznej, to i tak i tak. No np. ta wolność gospodarcza… Bywało, że bardziej dla swoich. To poszanowanie obywatela… a na przekręty komorników z zasady przymykano oczy (a było rzucić paru na stos i podnieść sobie notowania?). Sędziowie i prokuratorzy niezależni, owszem. Ale jakby niezależni również wobec prawa. Ta biurokracja, te licencje, te zamknięte zawody, te procedury, te ograniczenia po prostu – w tym obie strony się niewiele różnią.
Dlatego w tym obozie jest wielu takich, którzy krytykują swoich obecnych sojuszników, z dawnego obozu rządzącego.

A również przez to, że obecnie górą jest opcja populistyczna, to spotkacie w obozie antypisowskim krytyków demokracji. Może głośno tego nie mówią, ale nie podoba im się, że menel ma takie samo prawo głosu, jak np. profesor uniwersytetu. Przyznają jednak – za Churchilem – że kulawa więc ta demokracja, ale do tej pory nic lepszego nie wymyślono.

No i również głośno lub po cichu – tysiące ludzi po stronie centrowo-demokratycznej nie zgadzają się z oficjalną linią dotyczącą tzw. „uchodźców”. Ba, nie zgadzają się z tym poprawnym politycznie omamem, aby wszystkich, którzy pchają się do Europy nazywać właśnie „uchodźcami”. Uważają, że usilne mieszanie kultur to szaleństwo, że w innych społeczeństwach panują inne zasady współżycia – np. dla nas nieakceptowalne. Że dana ideologia nie jest ideologią pokoju – wbrew zachodniej retoryce. Przytaczają badania (zrobione czy to w Stanach, czy nawet przez „The Sun” w 2015), które pokazują, że w zależności od kraju, 20 do 40 procent młodych muzułmanów akceptuje samobójcze ataki, a podobny procent z całej społeczności nie wydałby terrorysty. To nie paru Ahmedów. Masa.

Ta grupa uważa może i brutalnie, ale i logicznie, że tam, gdzie owych obcych kulturowo (nie tylko nam, ale Europie) w ogóle nie ma – większe prawdopodobieństwo zachowania bezpieczeństwa.

I ona jest bardzo mocna. A za cenę zachowania owego bezpieczeństwa, da „czarną robotę” wykonać nawet PIS-owi. Chyba, że jej macierzyste stronnictwa się opamiętają. A jak nie – przegrane wybory mają jak w banku. Ile by PIS drzew nie wyciął, ile pieniędzy nie nie roztrwonił, czy ilu kontrmanifestacji nie rozbił.
To grupa centrowo-demokratyczno-zdroworozsądkowa.

Jedna odpowiedź na Demokracja, centrum i zdrowy rozsądek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>